Bezhasztagu

Jak rzucić wszystko i zacząć żyć

Miałam świetną pracę, wyluzowanego managera i jeszcze lepszych współpracowników. Miałam też sen, w którym wyzwanie było moim drugim imieniem, a ryzyko kompanem podróży. Zaraz po przebudzeniu spakowałam plecak i ruszyłam w nieznane. Zanim ostatni raz zamknęłam drzwi wynajmowanego mieszkania, krzyknęłam radośnie „A pieprzyć to wszystko!” i z uśmiechem na twarzy rzuciłam swoje dotychczasowe życie.

ŻARTUJĘ! Jasne, że żartuję! Obudziłam się przerażona, bo moja podświadomość kolejny raz próbowała dać mi do zrozumienia, że czas przestać robić wszystko na przysłowiowej gębie. Pora kopnąć strach w tyłek i wziąć sprawy w swoje ręce. Brzmi świetnie, co? Tylko że ja przysłowia i język polski bardzo lubię, więc po przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, nie wzięłam sobie do serca nocnych koszmarów. Kto by się tam przejmował? Poukładane, zaplanowane od A do Z życie ma przecież wiele plusów, a że za plusami też przepadam, unikałam tematu zmian i udawałam, że wszystko gra. Szkoda tylko, że nie każda gra warta jest świeczki i nie każde uporządkowane życie przynosi satysfakcję. Prędzej czy później świeczka się wypala, a serce w pojedynku z rozsądkiem wygrywa 3:1.

Korpo życie

Dwa i pół roku klikałam i kopiowałam. Skoro kopiowałam, to też wklejałam, przeglądając w między czasie tanie loty, lepsze oferty pracy z językiem niderlandzkim i wakacje na Sri Lance. Słuchałam muzyki, obierałam mandarynki ze skórki, oglądałam nowe odcinki Anny Karoliny na YouTubie. Czasem czytałam nawet książki albo robiłam zakupy online. A to wszystko zaledwie w kilka godzin dziennie przy biurku. Rutyna, monotonia, nuda, wszystkie synonimy w jednym. A potem mnie natchnęło. Nagle, znienacka, coś mną wstrząsnęło i się zbuntowałam. Zrobiłam strajk przeciwko sobie samej. Pomyślałam, że wystarczająco dużo mandarynek już obrałam, że Sri Lanka jest osiągalna, a latać tanio to ja mogę z różnych zakątków świata. Plan był więc prosty. Kupuję bilet, składam wypowiedzenie, wypowiadam mieszkanie i lecę. Odeszłam więc z firmy, wyniosłam się z Wrocławia, a dwa dni przed wylotem odprawiłam siebie i dwie walizki, w które zapakowałam całe swoje życie. Ze słuchawkami na uszach, wskoczyłam do samolotu, zastanawiając się, czy wszystko ze mną w porządku i czy na pewno mam wszystkie klepki. Okazało się, że mam się dobrze, wciąż kocham latać i żadnej klepki mi nie brakuje!

Dzień dobry!

Podobno kto nie ryzykuje, ten nie pije szampana. A że naszła mnie ochota na lampkę tego trunku, przewróciłam całe swoje poukładane życie do góry nogami. Przeprowadziłam się do Holandii, od dwóch tygodni mieszkam w Rotterdamie. Dopiero wbijam się w tutejszy tryb życia i przyzwyczajam się do nowej rzeczywistości, ale jestem szczęśliwa i dumna z siebie samej. Jasne, że się boję. Nie wiem, co mnie czeka, ile tutaj zabawię, nie znam odpowiedzi na nurtujące mnie pytania. Wiem za to jedno; pierwszy raz nie marzę, nie oczekuję, tylko biorę garściami. Trzęsę portkami na myśl o nowym miejscu pracy i zmianach, którym powiedziałam trzykrotne TAK. Ale droga na skróty nie istnieje, a życie to nie kartkówka, na której można ściągnąć odpowiedzi od siedzącego obok kumpla. Parę kartkówek mam już za sobą, czas na nieco ważniejszy sprawdzian. Czy jestem dobrze przygotowana? Pojęcia nie mam! Ale co z tego? W najgorszym wypadku „poleję wodę” albo zjawię się na poprawce. Życiowy indeks, podobnie jak ten studencki, ma wiele rubryk do zapełnienia, wystarczy tylko wpisać się na listę chętnych i podjąć „dobrą”, „złą”, „jakąkolwiek” albo „jeszcze nie wiem” decyzję!

Na koniec mam do Was jeszcze tylko szybkie pytanie. Bo…

 

 

Więc? Jakie są Wasze plany na dziś? 😀

 

 

 

 

/ / / /

    you may like this post