Bezhasztagu

Musso’a mussisz przeczytać!

Jestem uzależniona od czekolady. Jeśli mam zły humor, a Ty masz kinderki, na pewno się dogadamy. Uzależniona jestem też od książek, które od najmłodszych lat są nieodłączną częścią mojego życia. Nic więc dziwnego, że kilka lat temu podczas czytania typowo babskiej gazety, zatrzymałam się na stronie poświęconej nowym powieściom. Wtedy też zdałam sobie sprawę, że okładka książki ma jednak spore znaczenie.

Krok po kroku

Najpierw przyciąga nas tytuł, gra słów, które powinny nas zaintrygować. Później patrzymy i oceniamy, bo, nie oszukujmy się, jesteśmy wzrokowcami, którzy na ładne lubią patrzeć, bo przecież jest ładne i już. A  ja, jako wzrokowiec z krwi i kości, skusiłam się na przeczytanie jednej z podanych pozycji, bo pani na okładce miała ładne włosy, a parasol też jakoś tak ładnie wpasował się w obrazek. Książki po okładce oceniać się nie powinno, więc aby nie czuć się głupio przed samą sobą, wzięłam się za lekturę. I do dnia dzisiejszego dziękuję sobie, że wbrew znanemu wszystkim powiedzeniu, zasugerowałam się graficzną stroną książki. Bo właśnie w ten sposób zaczęła się moja bliska znajomość z francuskim powieściopisarzem Guillaume Musso. A dokładniej z jego książkami, które jedna po drugiej skradły moje serce. Lubisz świat pełen miłości? Musso jest właśnie dla Ciebie. Lubisz akcję i napięcie, które nie pozwoli Ci pójść spać do 2 w nocy, bo przecież nie zaśniesz, jeśli się nie dowiesz co dalej? Musso jest właśnie dla Ciebie! Lubisz elementy fantastyki, które nie zaburzają przedstawianego w powieści świata realnego? Musso’a więc musisz bez dwóch zdań przeczytać! 😉

Coś na ząb

Mole książkowe wiedzą doskonale, że każda, kolejna powieść staje się bardziej przewidywalna. Mamy już za sobą tyle historii i fikcyjnych doświadczeń, że domyślamy się, że Kaśka podkochuje się w narzeczonym głównej bohaterki ostatniego romansu, a Tomek z najnowszego kryminału zwiał za granicę, żeby uniknąć odsiadki za nielegalny handel kradzionymi samochodami. Musso jednak zaskakuje, a moje domysły, cóż, pozostają tylko domysłami. To zdecydowanie jedne z tych książek, od których nie sposób się oderwać. Przestaje Cię obchodzić fakt, że za równe trzy godziny zadzwoni budzik i będzie trzeba pójść do pracy. Nie jesteś głodny, przecież nie zostawisz głównego bohatera samego, a kanapkę możesz spokojnie zjeść później. Magia, prawda? Nie wszystkie książki mają w sobie coś, co zatrzymuje nas na dłużej, co nie pozwala nam na powrót do rzeczywistości, bo w tym drugim, czytanym świecie, mamy jeszcze kilka spraw do załatwienia.

 

fot. Natalia Jamróz

 

Łapcie tytuły, dzięki którym chociaż na moment (gwarantuję, że na nieco dłużej!) odsuniecie na bok wszystkie obowiązki i resztę świata:

W moim przypadku wszystko zaczęło się przez „Telefon od Anioła”. Nasza rozmowa była zbyt krótka i szybka (pochłonęłam tę książkę zaledwie w kilka godzin), jednak obiecał, że „7 lat później” spotkamy się w w stolicy Francji. „Będziesz tam?”, spytał niepewnie, czekając na moją odpowiedź. Złożyłam więc obietnicę: „Wrócę po Ciebie”, odpowiedziałam, „Ponieważ Cię kocham”. „Potem”, szukając informacji, jak do Niego dotrzeć, natrafiłam na „Papierową dziewczynę”. Okazało się, że na mnie czekała i już „Jutro” zaprowadzi mnie do „Dziewczyny z Brooklynu”. „Ta chwila” miała odmienić moje życie. Kilkanaście godzin później, przechodząc przez „Central Park”, usłyszałam krzyk. „Uratuj mnie”, wołał biegnący naprzód mężczyzna. Chciałam mu pomóc, dlatego bez chwili zastanowienia pobiegłam za nim. Po minięciu kilku alei, wbiegł do „Apartamentu w Paryżu”. A tam, zgodnie z obietnicą, czekał na mnie On. Spojrzał na mnie, uśmiechnął się i spytał „Kim byłbym bez Ciebie?”.

 

 

/ / / /

you may like this post